Hołd dla (nie)upadającego kina

Przemysł filmowy co pewien czas przeżywa rewolucję, która dla tradycjonalistów jest zwiastunem upadku znanego nam dotychczas filmu. Tak było wraz ze zmierzchem filmów niemych (świetnie zaprezentowanym w „Artyście” z 2011 roku), tak było w ostatnich latach, kiedy to „green screen” stał się standardem, zastępując filmowanie w prawdziwych lokacjach (oczywiście nie całkowicie). Tak było również w latach 80-tych XX wieku, kiedy odtwarzacze wideo stały się szeroko dostępne, a wielu zwiastowało upadek kin w tradycyjnej postaci.

Każda taka „rewolucja” staje się inspiracją dla twórców, którzy chcą uwiecznić i oddać hołd temu, co powoli staje się przeszłością. Jednym z tak zainspirowanych reżyserów był Giuseppe Tornatore, który swoim filmem „Cinema Paradiso” postanowił uczcić odchodzące w niepamięć kina z tradycją. Sam początkowo twierdził, że jego produkcja to „nekrolog” dla dotychczasowych kin i przemysłu filmowego. Całe szczęście, że stało się coś zupełnie odwrotnego. Jego obraz świetnie podsumował historię kina, a nam, widzom dał wiele uniesień i wzruszeń. Stało się tak dzięki niezwykłej historii opowiedzianej w tym obrazie, ale przede wszystkim dzięki kompozytorowi Ennio Morricone, który swoją sentymentalną ścieżką dźwiękową dotarł do najgłębiej skrywanych uczuć i wspomnień każdego z nas – dzieciństwa, ówczesnych ideałów i niczym nie skrępowanych marzeń.

„Cinema Paradiso” to częściowo autobiografia

„Cinema Paradiso” to drugi film urodzonego na Sycylii reżysera, który w pierwotnym zamyśle miał być jego piątym lub szóstym, kiedy to twórca wyrobi sobie już markę i nazwisko. Pomysł na scenariusz zrodził się w 1977 roku, kiedy Tornatore pracował jako kinooperator w swojej rodzinnej miejscowości. Jesienią tego samego roku zamykano jedno z najstarszych kin w mieście, które powstało w latach 30-tych XX wieku. Młody Tornatore dzięki swojej pracy miał okazję do uprzątnięcia kina i zabrania ze sobą wszystkiego co będzie chciał. Wtedy właśnie w jego głowie zrodził się pomysł, aby na tej podstawie zrobić film. Przez następne dziesięć lat spisywał pomysły, rozmawiał ze starymi kinooperatorami o ich wspomnieniach i początkach kina. W 1987 roku za namową producenta, sycylijski reżyser nadał swojemu pomysłowi wymiar materialny. Wracając do miejsc ze swojego dzieciństwa (film był kręcony m.in. w Bagheri – rodzinnej miejscowości reżysera), opowiedział historię o przyjaźni, przemijaniu i trudnych powrotach w stare miejsca. Brzmi patetycznie? Tak miało być, nie zapominajmy, że film miał być swoistym „nekrologiem” dla przemysłu filmowego, dlatego też nie brakuje tutaj nostalgii, tęsknoty czy smutku, podkreślonych niezwykłą muzyką Maestro Morricone. Dla Tornatore od początku było jasne kto może skomponować muzykę do jego filmu – to mógł być tylko rodowity Włoch, który rozumie i zna dzieje kina (w tym włoskiego) od podszewki, wie jak oddać podniosłość chwili i który przede wszystkim „czuje” magię starych kin i prezentowanych w nim „ruchomych obrazów”. Obaj twórcy bardzo szybko znaleźli wspólny język, co w przyszłości zaowocowało kolejnymi wspólnymi projektami (m.in. „Malena”) a przede wszystkim ich przyjaźnią. Zdarza się, że Morricone odrzuca projekty na które ma zbyt mało czasu (pisałem o tym w artykule o „Nienawistnej Ósemce” i współpracy z Tarantino – tutaj), jednam w tym wypadku było zupełnie inaczej – rozmowy o muzyce rozpoczęto w początkowej fazie powstawania filmu, co pozwoliło na idealne dostosowanie powstających kompozycji. Zresztą sam Tornatore ciekawie podsumował współpracę z Morricone:
„Współpraca z nim jest jedną z lepszych rzeczy jakie mi się przydarzyły. To tak jakby powiedzieć do cieśli: potrzebuję stół z sześcioma nogami, a następnie otrzymuję najpiękniejszy sześcionożny stół jaki kiedykolwiek widział świat.”
Efekty tej (jakże udanej) współpracy słyszymy w 36-minutowym tle muzycznym, które kołyszącymi dźwiękami m.in. skrzypiec i fletu zabiera nas w podróż do dzieciństwa. Komponowanie muzyki do tego filmu dla Ennio Morricone było również okazją do współpracy z własnym synem – Andreą Morricone. Za tą ścieżkę dźwiękową twórcy wspólnie odebrali nagrodę „BAFTA”.

„Toto” wraz z matką. Nawet potwierdzenie o śmierci ojca na wojnie nie odciągnęła go od kina. Źródło: www.criterionforum.org

Klimat starych filmów, kin a także lekcja historii

„Cinema Paradiso” jest doskonałą okazją do zaprezentowania historii kina, ale również historii i kultury Włochów.

Świeżo po drugiej wojnie światowej na Sycylii życie powoli wraca do normy. Jedyną dostępną rozrywką jest kino w którym mieszkańcy gromadzą się na seansach filmowych. Pełna od papierosowego dymu sala pęka w szwach, co chwila słychać salwy śmiechu młodszej części widowni jak również dorosłych. W połowie seansu wchodzą spóźnieni widzowie, którzy na cały głos witają się z pozostałymi. To właśnie takie zachowania prostych ludzi są okazją do podkreślenia ich osobowości. Same filmy puszczane w „Cinema Paradiso”, w obawie przed zgorszeniem są cenzurowane przez miejscowego proboszcza. Zmienia się to wraz z pożarem kina i wykupieniem go przez zwycięzcę loterii. Ku głośnej aprobacie widzów, filmy nie są już cenzurowane, dzięki czemu można ujrzeć zakazane wcześniej pocałunki a w późniejszym czasie nagość. Jest to również okazją dla młodzieży, która niczym nieskrępowana zaspokaja swoje rządze na sali kinowej. Reżyser pokazuje również zwyczaje noworoczne Włochów. Dorosły już „Toto” zakochuje się w nowej dziewczynie w mieście, niestety początkowo bez wzajemności. Obiecuje jej, że każdego dnia wieczorem będzie czekał pod jej domem, aż ta otworzy okno (wielu włoskich kochanków czekało pod balkonem swojej miłości). Cierpliwość „Toto” kończy się w Sylwestra, kilka minut po północy odchodzi spod domu dziewczyny, już bez nadziei na jej miłość. Idzie pustą ulicą podczas gdy inni wyrzucają przez okna różne przedmioty, w tym zastawę. We Włoszech oznacza to pozbycie się złych omenów i wejście w Nowy Rok z czystą tablicą i optymizmem. Salvatore również zrywa z przeszłością drąc na kawałki kalendarz w którym zaznaczał dni swojego oczekiwania. Wtedy w kinie pojawia się jego miłość – Elena. Całość przy akompaniamencie niezwykłej melodii, która jest również motywem przewodnim filmu – „Love Theme” (cała scena do zobaczenia i posłuchania tutaj). Utwór skomponowany przez Andrea Morricone, początkowo uderza w niskie tony fletu podkreślając samotność głównego bohatera, który niezależnie od aury i okoliczności czeka na tę jedyną. Dźwięki powoli się zmieniają, angażują kolejne instrumenty, by wybuchnąć mocą pełnej orkiestry w najważniejszym momencie – pierwszego pocałunku Salvatore i Eleny.
Jako, że główną osią filmu jest kino i projekcja dzieł mu przeznaczonych, Giuseppe Tornatore zaznajamia widzów ze swoistym podsumowaniem dorobku przemysłu filmowego. W trakcie całego filmu, ale przede wszystkim w finałowej (przyznajmy otwarcie) – jednej z najpiękniejszych scen w historii kina mamy możliwość oglądać urywki takich dzieł jak: „Światła wielkiego miasta”, „Białe noce”, „Dzisiejsze czasy”, „Casablanca”, czy „Przeminęło z wiatrem” twórców: Fritz Lang, Charlie Chaplin, Federico Fellini, Jean Renoir czy Michael Curtiz. Ta scena jest niesamowitą klamrą spinającą całą historię opowiedzianą przez Tornatore. Bedący już dojrzałym i spełnionym mężczyzną, Salvatore ogląda montaż scen wyciętych z filmów. To ostatni prezent od jego najlepszego przyjaciela – nieżyjącego już Alfredo. To zlepek dokładnie tych samych taśm, które blisko 50 lat wcześniej jego przyjaciel wycinał na polecenie proboszcza a które młody i ciekawski „Toto” chciał oglądnąć. Oczywiście i ta scena została uświetniona utworem „Love Theme”. Trudno jest sobie wyobrazić lepszy hołd dla dokonań wielkich twórców (na szczęście nie-)umierającego kina. Finał „Cinema Paradiso” można zobaczyć tutaj.
Ennio Morricone postarał się, aby ścieżka dźwiękowa nie była jedną melodią w różnych aranżacjach. Trwająca 36 minut kompozycja zawiera podniosłe i nostalgiczne melodie, takie jak „First Youth” (do posłuchania tutaj) czy „Childhood and Manhood” (do posłuchania tutaj). W ścieżce mamy również do czynienia z bardziej dynamicznymi momentami doskonale obrazującymi rozgrywające się wydarzenia. „Cinema on Fire” (do posłuchania tutaj) nawet bez znajomości tytułu kojarzy się z niespodziewanymi i niepokojącymi wydarzeniami. Drugim takim utworem jest również: „Runaway, Serach and Return” (do posłuchania tutaj). Co więcej, sama historia filmów również doczekała się muzycznego odpowiednika. W utworze „From American Sex Appeal to the First Fellini Film” (do posłuchania tutaj), Maestro Morricone zabiera nas w podróż po czasach “Złotej Ery Hollywood”.
Wymieniając utwory zawarte w „Cinema Paradiso” nie można zapomnieć o tytułowym utworze (do posłuchania tutaj), którego spokojne dźwięki fortepianu i dołączającej do niego orkiestry powoli acz skutecznie wprowadzają nas w klimat dzieła, które mamy przyjemność oglądać.

Przejażdżka na rowerze z najlepszym przyjacielem. Źródło: ars.pl

Co sprawia, że „Cinema Paradiso” tak głęboko zapada nam w pamięć?

Drugi film Giuseppe Tornatore nie jest dziełem które zalewa nas mnóstwem efektów specjalnych i oszałamiających ujęć. Nie był również przełomowy pod kątem technicznym. Reżyser nie stosował też żadnych sztuczek ani ukrytych znaczeń, które docierają do nas poza naszą świadomością. Film został zrealizowany z prostotą, ale z największą ufnością w moc opowiedzianej historii. Podczas castingu do głównej roli dziecięcej, reżyser zapytał jednego z chłopców (mieszkańca Palazzo Adriano, w którym stało filmowe kino i kościół) czym jest dla niego kino. Salvatore Cascio (bo tak nazywał się chłopiec i tym samym główny bohater) po chwili zastanowienia odpowiedział: „Dla mnie to taki większy telewizor”. Nie będący nigdy wcześniej w kinie chłopiec był dla Tornatore najlepszym kandydatem do tej roli. Ta dziecięca naiwność i prawdziwość chłopca, przykuwa dorosłych widzów do ekranu, którzy ukrycie znów pragną przeżyć lata dzieciństwa. Drugim, równie ważnym elementem, który przekonuje nas do tego filmu jest (jak już wcześniej pisałem) jego muzyka. Absolutnie niesamowita, doskonale dopasowuje się do przedstawionych scen, napawa nas całą gamą uczuć jakie możemy sobie wyobrazić. Mamy tutaj szczęście, beztroskę, strach, niepewność, miłość, nadzieję, ale także stratę, smutek, nostalgię i tęsknotę. Każda z ważniejszych scen wzmocniona tą muzyką wbija nas w fotel jeszcze bardziej sprawiając, że zapominamy o całym otaczającym nas świecie. W danej chwili liczy się tylko to co jest na ekranie. Nie sposób ująć tego wszystkiego w słowa – to trzeba zobaczyć i usłyszeć osobiście.

Seans na jednym z budynków. Źródło: http://pipocaenanquim.com.br

 

Tak dziś wygląda budynek na którym Alfredo i Toto wyświetlili jeden z filmów. Źródło: google.maps

Trudne początki

Trwająca 155 minut pierwsza wersja filmu została wypuszczona na włoski rynek w 1988 roku. Film został bardzo słabo przyjęty i początkowo nie odniósł większego sukcesu. Reżyser zdecydował się skrócić go do dwóch godzin, co znów nie przyniosło oczekiwanego skutku. Obraz został jednak doceniony rok później na Festiwalu Filmowym w Cannes. Następnie zdobył Oscara w 1990 roku za „Najlepszy film nieanglojęzyczny” oraz Złoty Glob w podobnej kategorii. Następny rok to kolejne nagrody – BAFTA (w pięciu kategoriach oraz David di Donatello za muzykę dla Ennio Morricone). Istnieje również mniej znana wersja filmu, trwająca 173 minuty. Zaprezentowano w niej zakończenie wątku miłosnego „Toto” i Eleny, co rzuca nowe światło na postać Alfredo. Sam reżyser lubi tą wydłużoną wersję, głównie z uwagi na zróżnicowanie charakteru starego operatora filmowego.
Co ciekawe, w tym (tak bardzo) włoskim filmie, trzy główne role są grane przez francuskich aktorów – dorosły już Toto – Jacques Perrin, Alfredo – Phillipe Noiret oraz Elena – Brigitte Fossey. Salvatore Cascio (młody Toto) nadal mieszka w Palazzo Adriano a sam główny plac w tym mieście (Piazza Umberto I) prawie nie zmienił swojej postaci. Kolejną ciekawostkę stanowi fakt, że Giuseppe Tornatore zagrał w tym filmie małą rolę – jest kinooperatorem w finałowej scenie, gdy „Toto” ogląda montaż scen usuniętych przez Alfredo pół wieku wcześniej.
„Love Theme” doczekało się również kilku interpretacji wokalnych. Tutaj w wykonaniu Josha Grobana oraz tutaj w wykonaniu Monici Mancini.

„Cinema Paradiso” to obowiązkowy film dla wszystkich wielbicieli kina. Seans tego dzieła to gwarancja dotarcia do naszych najgłębiej skrywanych uczuć i marzeń jakie w sobie nosimy. Natomiast muzyka z powodzeniem może być samodzielnym dziełem, które z zapartym tchem będziemy słuchać nawet bez filmu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *