Inspiracja goni inspirację (część I)

24 marca 1975 roku na deskach ringu w Richfield Coliseum (Cleveland, Ohio) wielki mistrz stanął naprzeciw mało znanego zawodnika w walce o pas mistrza świata wagi ciężkiej w boksie. To miała być egzekucja, krótka walka która nie zmęczy żywej legendy boksu. Tymczasem pretendent zabrał mistrza na 15-rundową przejażdżkę rollercoasterem, kładąc go na deski w 9 rundzie. Brzmi znajomo?  

Niedługo później, przymierający głodem aktor amator, występujący głównie w filmach erotycznych napisał scenariusz filmu przypominający wydarzenia z Richfield Coliseum. Kilka wytwórni odrzuciło projekt, jedna zaproponowała 400 tysięcy dolarów za całkowite odkupienie scenariusza. Jednak autor był na tyle zdeterminowany aby zagrać w napisanym przez siebie filmie, że odrzucił propozycję mimo tego, że był zmuszony sprzedać swojego psa z powodu braku pieniędzy. W końcu wytwórnia filmowa Chartoff – Winkler Productions zgodziła się dać angaż autorowi scenariusza i zainwestować w film pewną kwotę pieniędzy. Mowa oczywiście o filmie „Rocky” z Sylvestrem Stallone, który był strzałem w dziesiątkę, zgarnął trzy statuetki Oskara (między innymi za najlepszy film – pierwsza w historii produkcja sportowa, która otrzymała tą nagrodę), przedstawiona historia stała się legendarną a muzyka… do dziś sprawia, że czujemy mrowienie gdy ją słyszymy.

 W filmie i w realnym świecie zawsze pod wiatr

Pomimo decyzji o kupnie scenariusza, wytwórnia Chartoff-Winkler Productions nie postawiła filmu o zdeterminowanym sportowcu na pierwszym miejscu w swoich planach. Pierwszeństwo miał inny projekt, o czym za chwilę. Wytwórnia zgodziła się zrealizować dzieło, pod warunkiem, że jego budżet zostanie utrzymany na niskim poziomie. Było to dodatkowym atutem w negocjacjach dla Stallone’a, ponieważ to on chciał zagrać główną rolę. Jak później powiedział, nie wybaczyłby sobie gdyby film osiągnął sukces bez niego w roli głównej. Przy niskim budżecie wytwórnia nie mogła pozwolić sobie na zatrudnienie takich gwiazd jak Robert Redford czy James Caan. Co ciekawe, „Rocky” został „wpisany” w budżet innego filmu realizowanego przez tą wytwórnię. „New York, New York” bo o tym obrazie mowa, to dzieło zrealizowane przez Martina Scorsese z Robertem De Niro i Lizą Minelli w rolach głównych. Jak wiadomo, to „Rocky” z 14-krotnie niższym budżetem odniósł niebywały sukces i to zarobki z tego filmu posłużyły na pokrycie ewentualnych strat „New York, New York”, które nie zwróciło inwestycji.

Ponadczasowa muzyka

Inspiracją do wyboru rodzaju muzyki przez Billa Contiego, była pokazana mu przez Johna G. Avildsena taśma z pierwszymi nagraniami filmu oraz dodaną muzyką Ludwiga van Beethovena. Dla kompozytora jasnym się stało, że do powstania muzyki zostanie zaangażowana orkiestra dęta. Jednym z podstawowych tematów słyszanych w wielu ujęciach w filmie, jest nostalgiczna, powolna melodia grana na pianinie („Alone in the ring” do odsłuchania tutaj). Melodia następnie została rozwinięta na potrzeby montażu sceny treningu. Reżyser poprosił o sześćdziesięciosekundowy urywek, który będzie pasować właśnie do tej sceny. Ciekawostką jest fakt, że to montaż treningu został dopasowany do powstałej muzyki, ponieważ „łatwiej jest zmontować film do istniejącego już podkładu”. Następnie, Avildsen poprosił o kolejne trzydzieści sekund (do ujęcia w którym Rocky skacze na szczycie schodów po skończonym treningu). Conti nie mając konkretnego pomysłu zaczął improwizować. W ten sposób powstało dziewięćdziesiąt sekund muzyki i dopasowanego do niej montażu treningu Rocky’ego. W późniejszych etapach dodano gitarę, która dodatkowo wydłużyła muzykę i samą scenę. Avildsen doszedł do wniosku, że do tematu można dodać słowa, co z kolei sprawiło, że początkowy podkład przemienił się w „pełnoprawną” piosenkę. Avildsen wspomina jak powiedział do kompozytora: „Wiesz co, on podskakuje na tych schodach jakby zaraz miał polecieć”. Jako, że prace nad muzyką szły bardzo szybko, Conti poszedł za ciosem i zadzwonił do żony z prośbą: „Jeśli znasz kogoś, kto potrafi śpiewać, weź ich i wpadnijcie do studia w przerwie na obiad”.  W międzyczasie osoba odpowiedzialna za tekst, ułożyła słowa do piosenki „Gonna Fly Now” (do odsłuchania tutaj).

Kolejną ciekawostką jest fakt, że scena w której Rocky po wbiegnięciu na schody, świętuje swój udany trening poprzez podskoki i ciosy w powietrze, była kolejnym elementem, który został specjalnie dopasowany do muzyki. Bill Conti tłumaczy, że ujęcie najpierw było w zbliżeniu na Rocky’ego i oddalało się powoli, powodując, że kamera obejmowała coraz więcej planu. Nie pasowało to do muzyki, więc Avildsen postanowił scenę puścić od tyłu, co dało efekt przybliżania. Przyglądając się jej z bliska, można zauważyć, że niektóre ruchy boksera wyglądają nieco nienaturalnie (m.in. ciosy zadawane gdy Balboa jest bokiem do kamery). O wszystkim twórcy mówią w tym wywiadzie.

Ścieżka dźwiękowa do Rocky’ego przyniosła Contiemu pierwszą nominację do Oskara. Kolejna ciekawostka: „Rocky” to jedyny film z serii w którym nie użyto zwolnionego tempa do pokazania scen walki.

Balboa to przykład i motywacja

Film i muzyka są inspiracją i motywacją do pracy nad sobą dla ludzi na całym świecie. Tony kojarzone z historią przedstawioną w filmie dodają energii do pokonywania kolejnych barier. W słuchawkach niejednego biegacza lub bywalca siłowni można usłyszeć m.in. „Gonna Fly Now”. Ma to również potwierdzenie u największych gwiazd kina. Przed galą rozdania Oscarów w 1977 roku, Barbra Streisand, na podium powiedziała do Billa Contiego: „Wiesz, ta muzyka pomaga mi codziennie rano wstać i wybrać się na bieganie”.

„Gonna Fly Now” nie jest jedynym ewenementem z muzyki do pierwszej części osławionego Rocky’ego. „The Final Bell”  jest również jednym z piękniejszych tematów z filmu. Puszczony w ostatnich ujęciach, kiedy po 15-rundowym, heroicznym boju, bohaterowie słaniając się na nogach wspierają się w wzajemnie i obiecują „There will be no rematch” sprawia ogromne wrażenie, momentami potrafi wzruszyć.

Całe szczęście, że wybuchowy charakter sprawił, że Apollo Creed wyzwał swojego rywala na rewanż i, że ten po wahaniach, za namową żony przyjął wyzwanie. Dzięki temu, mieliśmy okazję oglądać kolejne momenty walki z samym sobą, przeciwnościami losu a także poczuć inspirację z niezłomnego charakteru „Włoskiego Ogiera”. O czym w kolejnych częściach artykułu poświęconego w całości postaci stworzonej przez Sylvestra Stallone.

Co Wy sądzicie o filmie i przede wszystkim o skomponowanej do niego muzyce?

 

5 thoughts on “Inspiracja goni inspirację (część I)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *